Jeśli Facebook naprawdę troszczy się o wolność słowa tak mocno, jak twierdzi Mark Zuckerberg, nie zbanowałby kont użytkowników i stron za napisanie czegoś obraźliwego innym podgrupom użytkowników. Nie mówimy tu też o mowie nienawiści. Mówimy o ludziach, którzy piszą przekleństwa. To jednak różnica.

Monolit stworzony dla zysku

Facebook to monolityczna platforma, na której niektórzy ludzie mogą publikować wszystko, co chcą, nawet kłamstwa i dezinformację, o ile robienie tego się opłaca. Inni zaś są obserwowani przez mniej lub bardziej sprawne oprogramowanie i algorytmy stosowane w celu egzekwowania standardów społeczności.

Wydaje się, że dla Facebooka jako prywatnej firmy liczą się przede wszystkim przychody z reklam i wyniki finansowe. Nie chodzi mu o użytkowników, a „prawa”, które wg. Facebooka, wspierają jego społeczność, będą nadal ulegać erozji pod wpływem opłacalności ich realizacji.

Teraz dokładnie widać, że użytkownicy witryny i jej aplikacji są dla reklamodawców niczym więcej niż odbiorcami zmuszonymi do przestrzegania zasad, które znacznie ograniczają swobodę wypowiedzi, podczas gdy ewidentnie fałszywe kampanie oszczerstw zostają postawione na piedestale.

Polityk może, internauta nie

Polityczne hity mogą być na topie, a reklamy bezkarnie i bez żadnych konsekwencji przedstawiają wszystko, co chcą. Jeśli jednak jesteś menedżerem stron lub prowadzisz stronę dla małych firm, możesz zostać zbanowany za skandaliczne przestępstwa związane z niepoprawną gramatyką – zgodnie ze standardami społecznościowymi dotyczącymi stron i menedżerów stron.

Mówiąc wprost: politycy mogą kłamać i zanieczyszczać i tak już brudne internetowe morze wszystkimi nieprawdami, z radością rozmazując przeciwników politycznych i wypaczając prawdy. Kampanie dezinformacyjne na masową skalę są na Facebooku na porządku dziennym.

Facebook twierdzi, że chce być orędownikiem wolności słowa. Wielu użytkowników ma wiele kont. Niektórzy zostali przyłapani na posiadaniu wielu kont i otrzymali całkowitą blokadę, a dzięki technologiom rozpoznawania twarzy i ogromnej ilości danych, które trzeba podać, aby móc korzystać z platformy, będą wiedzieć, kim jesteśmy, jeśli będziemy próbować uzyskać kolejne profile.

Facebook próbuje udawać bastion naszych cennych praw i zdolności do swobodnego i otwartego mówienia. Jest równocześnie jedyną firmą, która w imię swoich standardów społecznościowych najbardziej ingeruje w wolność słowa. Platforma może powiedzieć, że jest profeministyczna i robi kobietom wspaniałą przysługę zamykając konta za to, że publikowane na nich treści są przeciw nim.

W rzeczywistości swobodna rozmowa z kimś na Facebooku wystarczy, aby naruszyć warunki świadczenia usług. Naruszenie zasad może także być spowodowane przez wspieranie organizacji zajmujących się rakiem piersi.

Słowami Facebooka: „Wyznaczamy granice… kiedy treści ułatwiają, zachęcają lub wspierają kontakty seksualne między dorosłymi. Ograniczamy również język o charakterze jednoznacznie seksualnym, który może prowadzić do nagabywania, ponieważ niektórzy odbiorcy w naszej globalnej społeczności mogą być wrażliwi na tego rodzaju treści i może to utrudniać ludziom kontakt z przyjaciółmi i szerszą społecznością”.

Jeśli myślisz, że te zasady są wdrażane z dobroci serca, aby chronić kobiety przed mężczyznami, jesteś w błędzie. W rzeczywistości kobiety są stale kontrolowane pod kątem tego, co Facebook uważa za zachowanie nieodpowiednie seksualnie. Oznacza to, że kobiety są często banowane za samo istnienie i bycie seksualnym obiektem w oczach mężczyzn.

To ukryte uprzedzenie jest również zauważalne na Instagramie należącym Facebooka. Ale nie powinno dotyczyć tego, co jest, a co nie jest właściwe, jeśli chodzi o seks. Dlaczego Facebook staje się sędzią i ławą przysięgłych naszego języka i swobodnego wyrażania opinii? Gdy Facebook ma moc uciszania grup uświadamiających o raku piersi kwalifikując to jako treści seksualne, to znaczy, że coś jest nie tak.

Teraz Facebook potrzebuje zmiany wizerunku. Musi ocalić własną skórę przed presją Kongresu, więc zmienia swoje metody. Teraz jest mistrzem w pozwalaniu ludziom wypowiadać się na każdy temat…

Podwójne standardy i brak logiki

Rażący jest podwójny standard między sposobem, w jaki Facebook traktuje swoich reklamodawców, a sposobem, w jaki traktuje swoich użytkowników. Użytkownicy muszą okazać dokument tożsamości, muszą podać swoje numery telefonów i dane osobowe, muszą być autentyczni i nie mogą wprowadzać w błąd nikogo. Reklamodawcy są zwolnieni ze wszystkich powyższych wymogów, a politycy mogą publikować fake newsy. Nie zostaną oni zbanowani za tworzenie fałszywych wiadomości, ale użytkownicy mogą zostać zbanowani za ich udostępnianie. Logiczne?

W tej chwili nie ma alternatywy dla Facebooka, ale szczerze mówiąc, powinna być. Wszyscy powinniśmy móc omawiać ważne dla nas kwestie, nie czując nad nami oddechu zawsze czuwającej facebookowej policji. Jedynym rozwiązaniem jest całkowite opuszczenie platformy. Sytuacja na niej nigdy się nie poprawi, a tak naprawdę będzie jeszcze gorsza. Na szczęście jest jeszcze Twitter, ale nie wiadomo, jak długo pozostanie tym, czym jest.